Dopiero chrzęst mokrego piasku, w który z całą siłą padło ciało pani kapitan i zduszone przekleństwo obudziło jej kompankę. Ta wymruczała pod nosem coś na temat własnego odzienia zupełnie ignorując pochylającą się nad nią dwójkę. Szybkim ruchem podniosła się do siadu.
- SoRinhe... - pomogła jej przybrać bardziej dogodną pozycję i skrawkiem ubrania otarła piasek z twarzy kapitanki.
Na twarzy dziewczyny wyraźnie było widać niezdecydowanie. Nie mogła w tej chwili podjąć decyzji. Nie wiedziała co ma dokładnie powiedzieć. Wiedziała przecież, że znajduje się na obcym terenie i że może im grozić jakieś niebezpieczeństwo. Przed chwilą jej grozili. Związali ją. Ale z drugiej strony... Coś bardzo cichym głosem podpowiadało jej, że wszystko będzie dobrze. Jednak, zważywszy na swoje obecne położenie, rzuciła:
- W nogi!
Kompanka pomogła jej wstać i obie rzuciły się biegiem wzdłuż plaży. Radośnie szczekający pieseczek poszedł w ich ślady.
- No i po sprawie. - Maksymilian wydął wargi. - Już ich nie zobaczymy.
- Mylisz się. - spojrzenia pozostałej czwórki skupiły się na Jeremiaszu, który z zadowoleniem pocierał brodę. - Daleko nie uciekną.
I jakby słysząc te słowa, mimo sporej odległości, obie dziewczyny z krzykiem upadły na piasek.
- Ty... - Mikołaj klepnął Jeremiasza po ramieniu i z uśmiechem na twarzy, spokojnym krokiem ruszył za uciekinierkami.
- Elizabeth, nie rób mi tego więcej! - SoRinhe ledwo podniosła się na nogi po podcięciu przez kompankę.
- Co to jest, do licha! - tamta wskazała na 'coś' nadziane na 3 pale i zasłoniła usta, jakby chciała powstrzymać bunt żołądka. - Śmierdzi.
Kapitanka spojrzała na nierozpoznany obiekt i aż skrzywiła się na jego widok.
- To wyflaczony...
- ... rekin. - dokończył Mikołaj.
Jakim cudem cała piątka była już tak blisko nich?
- Możecie się zacząć przyzwyczajać do tego widoku. - Ksawery podkradł się do SoRinhe i tym razem dopilnował, żeby nie wyrwała się z jego uścisku.
- Nie zamierzam się do niczego przyzwyczajać. - Elizabeth z obawą patrzyła na nieznajomych.
- Będzie pani musiała. - Maksymilian wyciągnął w jej stronę rękę chcąc pomóc jej wstać.
Pokręciła przecząco głową w odpowiedzi i sama wstała. Nie wiedziała jednak, że popełniła błąd, bo tuż za nią pojawił się Jeremiasz ze sznurkiem w rękach. Dziewczyna szarpała się, jednak na Jaremiaszu nie zrobiło to żadnego wrażenia. Nie miał problemów ze skrępowaniem jej dłoni.
- Nic nie zrobiłyśmy. Wypuście nas. - nie poddawała się. - Domagam się dostarczenia nas obu do domu.
- Tak za darmo? - nie widziała szelmowskiego uśmiechu Jeremiasza.
Reszta nieznajomych pokiwała głowami przytakując koledze. A SoRinhe spojrzała na swoją kompankę. To była gra? Czy może na prawdę chciała wrócić do domu?
~~
Piątka nieznajomych usadziła skrępowane dziewczyny w takiej odległości żeby mogli spokojnie rozmawiać przy swoim ognisku.
- Co z nimi zrobimy? - Julian dorzucił suchy badyl do ognia.
- Przede wszystkim musimy się dowiedzieć kim są i po jakie licho siedziały na statku tamtej floty. Który idiota wziąłby kobiety na pokład okrętu wojennego. - Jeremiasz pokręcił głową z dezaprobatą.
- Może morze wyrzuci przez noc jakieś resztki z tego statku. - dorzucił Maksymilian. - Może wtedy dowiemy się czegoś więcej.
- Mam nadzieję, że jesteś zadowolona... - mruknęła Elizabeth przesuwając się po piasku pod pień palmy, by oprzeć się o niego plecami.
- Nie wiem... - odpowiedziała zmęczonym głosem SoRinhe. Oparła się o ten sam pień. - A jeśli to nie oni? Co wtedy?
- Przepadłyśmy...
- Oj, ty znów swoje. Pesymistka.
- Myślisz, że nasze rodziny zapłacą okup jakimś piratom?
- Oczywiście! - Choć wcale nie była tego na sto procent pewna. - A ty, myślisz, że nie? Elizabeth? Elizabeth...?
SoRinhe spojrzała na kompankę. Tamta zasnęła oparta o pień palmy. Kapitanka uśmiechnęła się pod nosem. Też była zmęczona.
~~
-Maximilianie… - Ksawery spojrzał na ciężkie buty dziewczyny które trzymał w rekach gdy wraz z kompanem piratem wnosili ja do swojego domku – nie uważasz..że powinniśmy ja rozebrać.?
- Dobra… to ty zdejmij jej buty a ja… ja przytrzymam.- Maksymilian się zgodził na ten pomysł. Usiadł na krześle i posadził sobie śpiącą dziewczynę na kolanach. W tym czasie Ksawery męczył się z zapięciami w butach kapitanki.
- Więcej ich nie było?- mruknął niezadowolony gdy w końcu odpiął ostatnie zapicie w lewym bucie. Ściągnął go, dotykając stopy dziewczyny a ona wtedy zachichotała i wtuliła się w Maximiliana. – Maksymilianie… ona ma taka delikatna skore… - Ksawery nie mógł się powstrzymać i przesunął dłonią po jej gołej łydce. I ochoczo zabrał się za rozbieranie drugiego buta powtarzając cały proces, razem z dotykaniem jej.
- Ej nie pozwalaj sobie! - Maximilian fuknął cicho oburzony.-miałeś ja tylko rozebrać a nie pomacać!
- a to nie idzie w parze?- zapytał uśmiechając się jak łobuz- to ściągnij z niej kurtkę, to ja położymy na łóżku…- jak zaproponował tak Maximilian zrobił. Zsunął kurteczkę z jej ramion i położyli ja na łóżku. Sami usadowili się na podłodze jak dobrym dzieciom przystało. Spoglądali na łóżko. W pewnym momencie dziewczyna przytuliła do piersi poduszkę i seksownie przesunęła stopą po swojej łydce. Młodzieńcy głośno przełknęli i spojrzeli się po sobie.
- Ja myśl, że ona będzie mnie za bardzo kusić by spać na podłodze…- Ksawery westchnął a Maximilian kiwnął głowa ze się zgadza. – to ja biorę prawa stronę łóżka – powiedział wesoło i szybko rzucił się w stronę łóżka .
- Ale dlaczego?- Jęknął Maximilian.
- Bo jestem starszy – wytłumaczył Ksawery kładąc się na łóżku, wysuwając poduszkę z objęć dziewczyny i się koło niej moszcząc. Maksymilian, niepocieszony ale mimo wszystko kontent, położył się za plecami dziewczyny. I tak cała wesoła trójka odpłynęła w objęcia morfeusza.
~~
- Uhm… - SoRinhe przeciągnęła się rozkosznie spoglądając w sufit. Przez chwile leżała kontemplując ładną pogodę za „oknem”, o ile tak można było nazwać dziurę w konstrukcji drewnianej, gdy nagle spojrzała niżej i pisnęła. Czyjaś dłoń leżała na jej piersi. Delikatnie przesunęła po niej dłonią po czym z nienawiścią spojrzała na Maximiliana i zepchnęła go z łóżka
– Ty zboczeńcu! Jak śmiesz mnie dotykać tymi napalonymi rękoma – rzuciła się na rozbudzającego się chłopaka i chciała go uderzyć jeszcze w twarz by zapamiętał, że nie może sobie pozwalać na takie chamstwo. Zamachnęła się ale w ostatniej chwili zmieniła kurs dłoni i mruknęła – nie waz Się mnie tak więcej dotykać…
- Maximilianie… -Ksawery usiadł na łóżku – dlaczego zawsze dostaje ci się to co lepsze? - spojrzał na dziewczynę siedząca na nim okrakiem i sobie to źle skojarzył.- dlaczego nasza maskotka tylko ciebie pięści..ja tez potrzebuje trochę miłości... - mruknął niezadowolony. SoRinhe uniosła na niego oczka i uśmiechnęła się cudownie.
- Też byś chciał spróbować jaka jestem boska?- zapytała powoli skradając się do niego. Nagle poczuła jak się przewraca bo Maximilian złapał ja za nogę.
- Nie tykaj Ksawerego! On jest zbyt niewinny jak na twoje gierki! A teraz uspokój się i opamiętaj bo cie zwiążemy! – dziewczyna wzdrygnęła się na wspomnienie więzów i odwróciła do Maximiliana, ale miał tak zagniewana twarz ze spotulniała. Usiadła na podłodze i wymamrotała niezadowolona.
- Nie chce być wasza maskotka… - Wymamrotała. Jednak wystarczyło jedno spojrzenie na rozgniewana oraz stanowczą twarz Maksimiliana oraz roziskrzone oczka Ksawerego by zrozumieć, że nie ma tu nic do gadania i zostanie tą maskotką. Zresztą… pomyślała iż lepsze to niż bycie czyjaś kochanka wiec w końcu się uśmiechnęła. Kolo południa jeden z nich, którego imienia nie znała jeszcze, przyniósł jej prostą sukienkę do kolan, w która kazano jej się przebrać. I tak oto z dobrze urodzonej dziewczyny stała się zwykła chłopką na posyłki piratów.
Coś delikatnie przesuwało się po twarzy Elizabeth. Coś delikatnego, niczym piórko. Jej uszu dochodził jakiś urzekający głos. Dziwny wydał jej
się pewien fakt. Czemu pień palmy zrobił się taki wygodny? I skąd pochodził ten lekki słodkawy zapach? Otworzyła oczy.
- Dzień dobry, kwiatuszku. - Mikołaj powitał ją uśmiechem. Pochylał się nad nią leżąc obok. Zakręcił kwiatem, którego trzymał w ręce. - Dobrze
spałaś?
Dziewczyna wystrzeliła z łóżka, jak z armaty. Uciekła za pięknie rzeźbione drewniane biurko, które stało w drugim końcu pokoju. W normalnych okolicznościach na pewno poświęciłaby meblowi całą swoją uwagę. I pewnie zastanawiałaby się za co mogłaby je przehandlować. Ale teraz...
Teraz... Nie, to nie były normalne okoliczności. Rzuciła Mikołajowi pytające spojrzenie.
- Dziękuję. Nawet nie wiesz jak mi było... przyjemnie. - skrył uśmiech za kwiatem.
Elizabeth pokręciła głową, jakby chciała zaprzeczyć myślom, które ją teraz atakowały. Zakryła usta obiema dłońmi. Mikołaj najwyraźniej nie miał ochoty jej niczego wyjaśniać.
~~
- Jak to mojej córki nie ma od dwóch dni w domu? Niby rozpłynęła się? – spasły, czerwony na twarzy od gniewu człowiek w bogatych szatach krzyczał na człowieka, który kłonił mu się po pas.
- Panienka SoRinhe wyszła rano dwa dni temu, wzięła statek i nie wróciła wraz z załogą…
- Jak to? Jak załoga śmiała wracać bez mojej córki? Wiem, że jest kapitanem i ostatnia schodzi ze statku ale powinni wiedzieć , ze bez niej nie maja po co się tu pokazywać! – Mężczyzna po prostu kipiał ze złości i nie dal się udobruchać żadnymi słowami – a który statek zatonął? – zapytał w końcu, tak z ciekawości.
- Pańska ulubiona łajba.. „Eleonora” powiedział mężczyzna kłaniając się tak iż czołem uderzył o podłogę.
- Elonora?! - jeżeli do tej pory mężczyzna był wściekły to teraz zmienił się w ciskającego złością diabła – przygotować moja flotę. Musimy odbić moją córkę a potem zrobić poszukiwania ładunku z Eleonory. Do tej pory byli nietykalni ale nikomu nie ujdzie na sucho porwanie córki gubernatora! Trzeba się tymi wyjętymi spod prawa zająć. I to natychmiast!- „Ta mała siksa nie zdaje sobie sprawy jaki mi statek podkradła „mężczyzna popsioczył trochę na córkę i zdenerwowany usiadł na swoim wielkim fotelu godnym króla.
~~
- Mikołaj! - wywołany wychylił się przez okno swojego domku.
Jeremiasz i Julian ciągnęli po piachu ogromny kufer.
- Przydaj się na coś. Pomóż nam z tym! - zawołali do niego.
Mikołaj machnął do nich i krzyknął, że zaraz tam będzie. Wyczłapał się z łóżka. Poprawił spodnie i ruszył do krzesła stojącego przy biurku. Wyciągnął rękę po koszulę, ale zanim zdążył zatrzymała go Elizabeth.
- Czekaj... - powiedziała.
Mikołaj spojrzał na nią pytająco.
- Zrobię, co tylko zechcesz... ale załatw mi jakieś ubranie.
Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie. Zmierzył ją swoim spojrzeniem. Nie przeszkadzałoby mu, gdyby paradowała w tej swojej halce. Ale skoro tak powiedziała.
- Zrobisz, co zechcę za kieckę? - zapytał żeby się upewnić.
- Wszystko. - pokiwała głową potwierdzając swoje słowa.
Mikołaj uśmiechnął się lekko przygryzając dolną wargę.
- Wszystko... - powtórzył z satysfakcją w głosie. - Załatwione.
Elizabeth puściła jego rękę i odetchnęła z ulgą. Przez chwilę patrzyła, jak Mikołaj zakłada koszulę i bez słowa wychodzi z pokoju. Kiedy usłyszała jego kroki na piasku podeszła do okna i ostrożnie wychyliła przez nie głowę. Teraz cała trójka męczyła się z kufrem.
- Jak było? - Jeremiasz wyszczerzył zęby w uśmiechu i potrącił Mikołaja łokciem.
- Ciepło.
- Ciepło? - Julian skrzywił się. - Ja ją biorę na tą noc. Tss, będzie gorąco. - W jego kocich oczach pojawił się dziwny błysk.
Postawili skrzynię, by na chwilę odpocząć.
- Ale to nie tak. - Mikołaj podrapał się po głowie z zakłopotaniem. - Do niczego nie doszło. Po prostu... Dwóm osobom pod jednym kocem było cieplej w nocy.
Jeremiasz i Julian z niedowierzaniem pokręcili głowami. Oni pewnie nie przepuścili by takiej okazji.
Jeremiasz jednym celnym strzałem z pistoletu poradził sobie z zamkiem kufra. Wieko lekko odskoczyło. Cała trójka, odsłoniwszy pokrywę zabrała się za przeglądanie zawartości skrzyni. Jakieś mapy, trochę porcelany, przeróżne ubrania i... spora skórzana sakiewka. Spojrzeli po sobie z zadowoleniem. Julian potrząsnął sakiewką, a ich uszu dobiegło satysfakcjonujące brzęczenie. Monety. Klejnoty. Wysypali zawartość na kawałek materiału. Złote monety zalśniły w słońcu. Jeremiasz i Julian zwinnie powybierali spomiędzy nich całkiem sporą ilość mniejszych srebrnych monet. Wsypali je do sakiewki. Jeremiasz potrząsnął nią.
- Powinno starczyć. - skwitował.
Mikołaj cały czas przeglądał zawartość skrzyni, jakby czegoś szukając.
- Mam. - ogłosił koniec swoich poszukiwań. Zrobił spore zawiniątko i wrócił do swojego domku.
Zastał Elizabeth siedzącą przy biurku.
- Patrz co znalazłem. - położył zawiniątko na blacie biurka.
Elizabeth przez chwilę męczyła się z supełkiem, który Mikołaj zdążył zawiązać po drodze. Prawie ucieszyła się na widok tego, co było w środku. Prawie... Wzięła do ręki pierwszą rzecz.
- Niemodne... - pokręciła głową i odłożyła ciuch.
Wzięła następny.
- Nawet ładne, ale ten kolor...
Kolejny... I kolejny. Jakoś nic nie było w stanie sprostać jej oczekiwaniom. W końcu na biurku została ostatnia rzecz i kawał materiału, w którym przyniesiono ubrania. Elizabeth podniosła ciuch. Obejrzała rzecz ze wszystkich stron.
- Człowieku, gdzie twoje poczucie estetyki! Tego w ogóle nie można brać pod uwa...
- Kobieto! - Mikołaj nie wytrzymał, krzyknął jednocześnie uderzając pięścią w blat biurka. - Nic innego nie było. Zdecyduj się na coś!
Laszek wyślizgnął się z jej rąk. Elizabeth spuściła głowę. Wymruczała przeprosiny.
- Mam jeszcze coś... To powinno ci się spodobać.
Spomiędzy warstw materiału zawiniątka Mikołaj wyciągnął białą koszulę z żabotami przy kołnierzu i przy rękawach oraz czarne długie spodnie. Ale coś zupełnie innego przyciągnęło uwagę Elizabeth. Ziemno-zielony justaucorps haftowany srebrną nicią. Odebrała ubranie z rąk mężczyzny. Śmiejąc się i przyciskając do piersi ciuchy wykonała kilka obrotów. Z namaszczeniem odłożyła je na blat biurka. Takie cudo! Nie mogła przestać zachwycać się justaucorpsem. I pomyśleć, że już chciała pytać o igłę z nitką. Cóż, materiał zawiniątka też nie był wcale taki zły. Uśmiechnęła się i podeszła do Mikołaja. Uściskała go w podziękowaniu.
- Co mogę dla ciebie zrobić? - zapytała wracając do biurka.
- Zostawiam swoje życzenie na później. - Mikołaj odwrócił się i poszedł do drzwi. - Ubieraj się. Czekam na ciebie na zewnątrz. Ty i twoja kompanka musicie nam coś wyjaśnić.
Wyszedł.
- SoRinhe... - pomogła jej przybrać bardziej dogodną pozycję i skrawkiem ubrania otarła piasek z twarzy kapitanki.
Na twarzy dziewczyny wyraźnie było widać niezdecydowanie. Nie mogła w tej chwili podjąć decyzji. Nie wiedziała co ma dokładnie powiedzieć. Wiedziała przecież, że znajduje się na obcym terenie i że może im grozić jakieś niebezpieczeństwo. Przed chwilą jej grozili. Związali ją. Ale z drugiej strony... Coś bardzo cichym głosem podpowiadało jej, że wszystko będzie dobrze. Jednak, zważywszy na swoje obecne położenie, rzuciła:
- W nogi!
Kompanka pomogła jej wstać i obie rzuciły się biegiem wzdłuż plaży. Radośnie szczekający pieseczek poszedł w ich ślady.
- No i po sprawie. - Maksymilian wydął wargi. - Już ich nie zobaczymy.
- Mylisz się. - spojrzenia pozostałej czwórki skupiły się na Jeremiaszu, który z zadowoleniem pocierał brodę. - Daleko nie uciekną.
I jakby słysząc te słowa, mimo sporej odległości, obie dziewczyny z krzykiem upadły na piasek.
- Ty... - Mikołaj klepnął Jeremiasza po ramieniu i z uśmiechem na twarzy, spokojnym krokiem ruszył za uciekinierkami.
- Elizabeth, nie rób mi tego więcej! - SoRinhe ledwo podniosła się na nogi po podcięciu przez kompankę.
- Co to jest, do licha! - tamta wskazała na 'coś' nadziane na 3 pale i zasłoniła usta, jakby chciała powstrzymać bunt żołądka. - Śmierdzi.
Kapitanka spojrzała na nierozpoznany obiekt i aż skrzywiła się na jego widok.
- To wyflaczony...
- ... rekin. - dokończył Mikołaj.
Jakim cudem cała piątka była już tak blisko nich?
- Możecie się zacząć przyzwyczajać do tego widoku. - Ksawery podkradł się do SoRinhe i tym razem dopilnował, żeby nie wyrwała się z jego uścisku.
- Nie zamierzam się do niczego przyzwyczajać. - Elizabeth z obawą patrzyła na nieznajomych.
- Będzie pani musiała. - Maksymilian wyciągnął w jej stronę rękę chcąc pomóc jej wstać.
Pokręciła przecząco głową w odpowiedzi i sama wstała. Nie wiedziała jednak, że popełniła błąd, bo tuż za nią pojawił się Jeremiasz ze sznurkiem w rękach. Dziewczyna szarpała się, jednak na Jaremiaszu nie zrobiło to żadnego wrażenia. Nie miał problemów ze skrępowaniem jej dłoni.
- Nic nie zrobiłyśmy. Wypuście nas. - nie poddawała się. - Domagam się dostarczenia nas obu do domu.
- Tak za darmo? - nie widziała szelmowskiego uśmiechu Jeremiasza.
Reszta nieznajomych pokiwała głowami przytakując koledze. A SoRinhe spojrzała na swoją kompankę. To była gra? Czy może na prawdę chciała wrócić do domu?
~~
Piątka nieznajomych usadziła skrępowane dziewczyny w takiej odległości żeby mogli spokojnie rozmawiać przy swoim ognisku.
- Co z nimi zrobimy? - Julian dorzucił suchy badyl do ognia.
- Przede wszystkim musimy się dowiedzieć kim są i po jakie licho siedziały na statku tamtej floty. Który idiota wziąłby kobiety na pokład okrętu wojennego. - Jeremiasz pokręcił głową z dezaprobatą.
- Może morze wyrzuci przez noc jakieś resztki z tego statku. - dorzucił Maksymilian. - Może wtedy dowiemy się czegoś więcej.
- Mam nadzieję, że jesteś zadowolona... - mruknęła Elizabeth przesuwając się po piasku pod pień palmy, by oprzeć się o niego plecami.
- Nie wiem... - odpowiedziała zmęczonym głosem SoRinhe. Oparła się o ten sam pień. - A jeśli to nie oni? Co wtedy?
- Przepadłyśmy...
- Oj, ty znów swoje. Pesymistka.
- Myślisz, że nasze rodziny zapłacą okup jakimś piratom?
- Oczywiście! - Choć wcale nie była tego na sto procent pewna. - A ty, myślisz, że nie? Elizabeth? Elizabeth...?
SoRinhe spojrzała na kompankę. Tamta zasnęła oparta o pień palmy. Kapitanka uśmiechnęła się pod nosem. Też była zmęczona.
~~
-Maximilianie… - Ksawery spojrzał na ciężkie buty dziewczyny które trzymał w rekach gdy wraz z kompanem piratem wnosili ja do swojego domku – nie uważasz..że powinniśmy ja rozebrać.?
- Dobra… to ty zdejmij jej buty a ja… ja przytrzymam.- Maksymilian się zgodził na ten pomysł. Usiadł na krześle i posadził sobie śpiącą dziewczynę na kolanach. W tym czasie Ksawery męczył się z zapięciami w butach kapitanki.
- Więcej ich nie było?- mruknął niezadowolony gdy w końcu odpiął ostatnie zapicie w lewym bucie. Ściągnął go, dotykając stopy dziewczyny a ona wtedy zachichotała i wtuliła się w Maximiliana. – Maksymilianie… ona ma taka delikatna skore… - Ksawery nie mógł się powstrzymać i przesunął dłonią po jej gołej łydce. I ochoczo zabrał się za rozbieranie drugiego buta powtarzając cały proces, razem z dotykaniem jej.
- Ej nie pozwalaj sobie! - Maximilian fuknął cicho oburzony.-miałeś ja tylko rozebrać a nie pomacać!
- a to nie idzie w parze?- zapytał uśmiechając się jak łobuz- to ściągnij z niej kurtkę, to ja położymy na łóżku…- jak zaproponował tak Maximilian zrobił. Zsunął kurteczkę z jej ramion i położyli ja na łóżku. Sami usadowili się na podłodze jak dobrym dzieciom przystało. Spoglądali na łóżko. W pewnym momencie dziewczyna przytuliła do piersi poduszkę i seksownie przesunęła stopą po swojej łydce. Młodzieńcy głośno przełknęli i spojrzeli się po sobie.
- Ja myśl, że ona będzie mnie za bardzo kusić by spać na podłodze…- Ksawery westchnął a Maximilian kiwnął głowa ze się zgadza. – to ja biorę prawa stronę łóżka – powiedział wesoło i szybko rzucił się w stronę łóżka .
- Ale dlaczego?- Jęknął Maximilian.
- Bo jestem starszy – wytłumaczył Ksawery kładąc się na łóżku, wysuwając poduszkę z objęć dziewczyny i się koło niej moszcząc. Maksymilian, niepocieszony ale mimo wszystko kontent, położył się za plecami dziewczyny. I tak cała wesoła trójka odpłynęła w objęcia morfeusza.
~~
- Uhm… - SoRinhe przeciągnęła się rozkosznie spoglądając w sufit. Przez chwile leżała kontemplując ładną pogodę za „oknem”, o ile tak można było nazwać dziurę w konstrukcji drewnianej, gdy nagle spojrzała niżej i pisnęła. Czyjaś dłoń leżała na jej piersi. Delikatnie przesunęła po niej dłonią po czym z nienawiścią spojrzała na Maximiliana i zepchnęła go z łóżka
– Ty zboczeńcu! Jak śmiesz mnie dotykać tymi napalonymi rękoma – rzuciła się na rozbudzającego się chłopaka i chciała go uderzyć jeszcze w twarz by zapamiętał, że nie może sobie pozwalać na takie chamstwo. Zamachnęła się ale w ostatniej chwili zmieniła kurs dłoni i mruknęła – nie waz Się mnie tak więcej dotykać…
- Maximilianie… -Ksawery usiadł na łóżku – dlaczego zawsze dostaje ci się to co lepsze? - spojrzał na dziewczynę siedząca na nim okrakiem i sobie to źle skojarzył.- dlaczego nasza maskotka tylko ciebie pięści..ja tez potrzebuje trochę miłości... - mruknął niezadowolony. SoRinhe uniosła na niego oczka i uśmiechnęła się cudownie.
- Też byś chciał spróbować jaka jestem boska?- zapytała powoli skradając się do niego. Nagle poczuła jak się przewraca bo Maximilian złapał ja za nogę.
- Nie tykaj Ksawerego! On jest zbyt niewinny jak na twoje gierki! A teraz uspokój się i opamiętaj bo cie zwiążemy! – dziewczyna wzdrygnęła się na wspomnienie więzów i odwróciła do Maximiliana, ale miał tak zagniewana twarz ze spotulniała. Usiadła na podłodze i wymamrotała niezadowolona.
- Nie chce być wasza maskotka… - Wymamrotała. Jednak wystarczyło jedno spojrzenie na rozgniewana oraz stanowczą twarz Maksimiliana oraz roziskrzone oczka Ksawerego by zrozumieć, że nie ma tu nic do gadania i zostanie tą maskotką. Zresztą… pomyślała iż lepsze to niż bycie czyjaś kochanka wiec w końcu się uśmiechnęła. Kolo południa jeden z nich, którego imienia nie znała jeszcze, przyniósł jej prostą sukienkę do kolan, w która kazano jej się przebrać. I tak oto z dobrze urodzonej dziewczyny stała się zwykła chłopką na posyłki piratów.
Coś delikatnie przesuwało się po twarzy Elizabeth. Coś delikatnego, niczym piórko. Jej uszu dochodził jakiś urzekający głos. Dziwny wydał jej
się pewien fakt. Czemu pień palmy zrobił się taki wygodny? I skąd pochodził ten lekki słodkawy zapach? Otworzyła oczy.
- Dzień dobry, kwiatuszku. - Mikołaj powitał ją uśmiechem. Pochylał się nad nią leżąc obok. Zakręcił kwiatem, którego trzymał w ręce. - Dobrze
spałaś?
Dziewczyna wystrzeliła z łóżka, jak z armaty. Uciekła za pięknie rzeźbione drewniane biurko, które stało w drugim końcu pokoju. W normalnych okolicznościach na pewno poświęciłaby meblowi całą swoją uwagę. I pewnie zastanawiałaby się za co mogłaby je przehandlować. Ale teraz...
Teraz... Nie, to nie były normalne okoliczności. Rzuciła Mikołajowi pytające spojrzenie.
- Dziękuję. Nawet nie wiesz jak mi było... przyjemnie. - skrył uśmiech za kwiatem.
Elizabeth pokręciła głową, jakby chciała zaprzeczyć myślom, które ją teraz atakowały. Zakryła usta obiema dłońmi. Mikołaj najwyraźniej nie miał ochoty jej niczego wyjaśniać.
~~
- Jak to mojej córki nie ma od dwóch dni w domu? Niby rozpłynęła się? – spasły, czerwony na twarzy od gniewu człowiek w bogatych szatach krzyczał na człowieka, który kłonił mu się po pas.
- Panienka SoRinhe wyszła rano dwa dni temu, wzięła statek i nie wróciła wraz z załogą…
- Jak to? Jak załoga śmiała wracać bez mojej córki? Wiem, że jest kapitanem i ostatnia schodzi ze statku ale powinni wiedzieć , ze bez niej nie maja po co się tu pokazywać! – Mężczyzna po prostu kipiał ze złości i nie dal się udobruchać żadnymi słowami – a który statek zatonął? – zapytał w końcu, tak z ciekawości.
- Pańska ulubiona łajba.. „Eleonora” powiedział mężczyzna kłaniając się tak iż czołem uderzył o podłogę.
- Elonora?! - jeżeli do tej pory mężczyzna był wściekły to teraz zmienił się w ciskającego złością diabła – przygotować moja flotę. Musimy odbić moją córkę a potem zrobić poszukiwania ładunku z Eleonory. Do tej pory byli nietykalni ale nikomu nie ujdzie na sucho porwanie córki gubernatora! Trzeba się tymi wyjętymi spod prawa zająć. I to natychmiast!- „Ta mała siksa nie zdaje sobie sprawy jaki mi statek podkradła „mężczyzna popsioczył trochę na córkę i zdenerwowany usiadł na swoim wielkim fotelu godnym króla.
~~
- Mikołaj! - wywołany wychylił się przez okno swojego domku.
Jeremiasz i Julian ciągnęli po piachu ogromny kufer.
- Przydaj się na coś. Pomóż nam z tym! - zawołali do niego.
Mikołaj machnął do nich i krzyknął, że zaraz tam będzie. Wyczłapał się z łóżka. Poprawił spodnie i ruszył do krzesła stojącego przy biurku. Wyciągnął rękę po koszulę, ale zanim zdążył zatrzymała go Elizabeth.
- Czekaj... - powiedziała.
Mikołaj spojrzał na nią pytająco.
- Zrobię, co tylko zechcesz... ale załatw mi jakieś ubranie.
Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie. Zmierzył ją swoim spojrzeniem. Nie przeszkadzałoby mu, gdyby paradowała w tej swojej halce. Ale skoro tak powiedziała.
- Zrobisz, co zechcę za kieckę? - zapytał żeby się upewnić.
- Wszystko. - pokiwała głową potwierdzając swoje słowa.
Mikołaj uśmiechnął się lekko przygryzając dolną wargę.
- Wszystko... - powtórzył z satysfakcją w głosie. - Załatwione.
Elizabeth puściła jego rękę i odetchnęła z ulgą. Przez chwilę patrzyła, jak Mikołaj zakłada koszulę i bez słowa wychodzi z pokoju. Kiedy usłyszała jego kroki na piasku podeszła do okna i ostrożnie wychyliła przez nie głowę. Teraz cała trójka męczyła się z kufrem.
- Jak było? - Jeremiasz wyszczerzył zęby w uśmiechu i potrącił Mikołaja łokciem.
- Ciepło.
- Ciepło? - Julian skrzywił się. - Ja ją biorę na tą noc. Tss, będzie gorąco. - W jego kocich oczach pojawił się dziwny błysk.
Postawili skrzynię, by na chwilę odpocząć.
- Ale to nie tak. - Mikołaj podrapał się po głowie z zakłopotaniem. - Do niczego nie doszło. Po prostu... Dwóm osobom pod jednym kocem było cieplej w nocy.
Jeremiasz i Julian z niedowierzaniem pokręcili głowami. Oni pewnie nie przepuścili by takiej okazji.
Jeremiasz jednym celnym strzałem z pistoletu poradził sobie z zamkiem kufra. Wieko lekko odskoczyło. Cała trójka, odsłoniwszy pokrywę zabrała się za przeglądanie zawartości skrzyni. Jakieś mapy, trochę porcelany, przeróżne ubrania i... spora skórzana sakiewka. Spojrzeli po sobie z zadowoleniem. Julian potrząsnął sakiewką, a ich uszu dobiegło satysfakcjonujące brzęczenie. Monety. Klejnoty. Wysypali zawartość na kawałek materiału. Złote monety zalśniły w słońcu. Jeremiasz i Julian zwinnie powybierali spomiędzy nich całkiem sporą ilość mniejszych srebrnych monet. Wsypali je do sakiewki. Jeremiasz potrząsnął nią.
- Powinno starczyć. - skwitował.
Mikołaj cały czas przeglądał zawartość skrzyni, jakby czegoś szukając.
- Mam. - ogłosił koniec swoich poszukiwań. Zrobił spore zawiniątko i wrócił do swojego domku.
Zastał Elizabeth siedzącą przy biurku.
- Patrz co znalazłem. - położył zawiniątko na blacie biurka.
Elizabeth przez chwilę męczyła się z supełkiem, który Mikołaj zdążył zawiązać po drodze. Prawie ucieszyła się na widok tego, co było w środku. Prawie... Wzięła do ręki pierwszą rzecz.
- Niemodne... - pokręciła głową i odłożyła ciuch.
Wzięła następny.
- Nawet ładne, ale ten kolor...
Kolejny... I kolejny. Jakoś nic nie było w stanie sprostać jej oczekiwaniom. W końcu na biurku została ostatnia rzecz i kawał materiału, w którym przyniesiono ubrania. Elizabeth podniosła ciuch. Obejrzała rzecz ze wszystkich stron.
- Człowieku, gdzie twoje poczucie estetyki! Tego w ogóle nie można brać pod uwa...
- Kobieto! - Mikołaj nie wytrzymał, krzyknął jednocześnie uderzając pięścią w blat biurka. - Nic innego nie było. Zdecyduj się na coś!
Laszek wyślizgnął się z jej rąk. Elizabeth spuściła głowę. Wymruczała przeprosiny.
- Mam jeszcze coś... To powinno ci się spodobać.
Spomiędzy warstw materiału zawiniątka Mikołaj wyciągnął białą koszulę z żabotami przy kołnierzu i przy rękawach oraz czarne długie spodnie. Ale coś zupełnie innego przyciągnęło uwagę Elizabeth. Ziemno-zielony justaucorps haftowany srebrną nicią. Odebrała ubranie z rąk mężczyzny. Śmiejąc się i przyciskając do piersi ciuchy wykonała kilka obrotów. Z namaszczeniem odłożyła je na blat biurka. Takie cudo! Nie mogła przestać zachwycać się justaucorpsem. I pomyśleć, że już chciała pytać o igłę z nitką. Cóż, materiał zawiniątka też nie był wcale taki zły. Uśmiechnęła się i podeszła do Mikołaja. Uściskała go w podziękowaniu.
- Co mogę dla ciebie zrobić? - zapytała wracając do biurka.
- Zostawiam swoje życzenie na później. - Mikołaj odwrócił się i poszedł do drzwi. - Ubieraj się. Czekam na ciebie na zewnątrz. Ty i twoja kompanka musicie nam coś wyjaśnić.
Wyszedł.
2 comments | Leave a comment
